Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2013

Ostatnie zdjęcie Titanica


Gdyby nie zatonął to zdjęcie byłoby zapewne jak wiele innych.

piątek, 4 stycznia 2013

Notatki z "Wywiadu z historią"

Śmierci matki nie da sie porównać ze śmiercią ukochanego człowieka: jest zapowiedzią twojej śmierci. Jest śmiercią istoty, która cię poczęła, nosiła cię w brzuchu, podarowała ci życie. Twoje ciało jest jej ciałem, twoja krew jej krwią. Kiedy umiera, fizycznie umiera część ciebie lub początek ciebie, nawet jeżeli przecięto pępowinę żeby was rozdzielić.

niedziela, 4 listopada 2012

"Wściekłość i duma" Oriany Fallaci

Tekst napisany po zamachu z 11 września 2011r. na World Trade Center w Nowym Jorku.

Chcesz, żebym się wreszcie odezwała. Prosisz, żebym tym razem przerwała milczenie, które wybrałam, które od lat sobie narzucam, żeby nie wmieszać swojego głosu w orkiestrę cykad. I zrobię to. Ponieważ dowiedziałam się, że również we Włoszech są tacy, którzy się cieszą - tak samo jak wczoraj wieczorem w Gazie przed kamerami cieszyli się Palestyńczycy. "Zwycięstwo! Zwycięstwo!". Mężczyźni, kobiety, dzieci. O ile kogoś, kto zachowuje się w taki sposób, w ogóle można nazwać mężczyzną, kobietą czy dzieckiem. Dowiedziałam się, że niektóre luksusowe cykady, politycy lub tak zwani politycy, intelektualiści lub tak zwani intelektualiści, a także inne indywidua, które nie zasługują na miano obywateli, zachowują się zasadniczo tak samo. Mówią: "Dobrze tak Amerykanom. Dobrze im tak". I jestem bardzo, bardzo, bardzo wściekła. Wściekła wściekłością zimną, przejrzystą, racjonalną. Wściekłością, która eliminuje wszelki dystans, wszelką wyrozumiałość, która mi każe udzielić im odpowiedzi, a przede wszystkim ich opluć. Pluję na nich. Równie wściekła co ja afroamerykańska poetka Maya Angelou wczoraj ryknęła: "Be angry. It's good to be angry, it's healthy" (Bądźcie wściekli. Wściekłość dobrze robi. To zdrowe). Czy mnie zrobi dobrze, tego nie wiem. Ale wiem, że nie zrobi dobrze im, czyli tym, którzy podziwiają Osamę ben Ladena, tym, którzy wyrażają mu zrozumienie, sympatię lub solidarność. Swoim życzeniem odpaliłeś ładunek, który już od dawna miał ochotę wybuchnąć. Zobaczysz.

poniedziałek, 22 października 2012

Fragmenty wywiadu Oriany Fallaci z Goldą Meir

Muammar al-Kaddafi i Oriana Fallaci
Historia udowodniła, że antysemityzm na świecie zawsze zapowiada tragedię dla wszystkich. Zaczyna się od ręczenia Żydów, a kończy na dręczeniu wszystkich. Prosty przykład: pierwszy porwany samolot. Był to samolot El Al, pamięta pani? Uprowadzono go do Algierii. Jedni powiedzieli wówczas, że im przykro, inni okazali z tego powodu zadowolenie, a żadnemu z polityków nawet nie przyśniiło się, żeby powiedzieć: "Nigdy więcej nie polecę do Algierii". Gdyby to powiedział, gdyby to powiedzieli, dzisiaj koszmar piractwa powietrznego by nie istniał. Tymczasem nikt nie zareagował i piractwo powietrzne stało się obyczajem naszych czasów. Każdy wariat może uprowadzić samolot, żeby zaspokoić swoje szaleństwo, każdy kryminalista może porwać samolot, żeby wymusić okup. Motywy polityczne nie są niezbędne.

Ja nigdy nie byłam w stanie postawić nogi w Niemczech. Jeżdże do Austrii i nie jestem w stanie przekroczyć granicy niemieckiej...

Notatki z "Dziennika norymberskiego" Gilberta cz. 2


Speer: Wie pan, gdy Jackson przesłuchiwał Göringa, można było zaobserwować, że oni obydwaj reprezentują po prostu dwa całkowicie odmienne światy - nawet nie rozumieli się nawzajem. Jackson pyta go, czy popierał plany napaści na Holandię i Belgię, oczekując od Göringa obrony przed zarzutem przestępstwa, ale zamiast tego ten mówi: Ależ tak, oczywiście; to było tak i tak. Jak gdyby napaść na neutralny kraj, jeśli tylko pasuje do własnej strategii, była najbardziej obojętną sprawą na świecie. 
Tak czy inaczej, godne odnotowania jest to, jak Göring wytrzymuje presję. Wasza więzienna dyscyplina z pewnością wpłynęła na niego otrzeźwiająco. Powinien pan go zobaczyć dawniej. Leniwy, samolubny, zepsuty, nieodpowiedzialny, uzależniony od narkotyków. Teraz zgrywa zucha, a ludzie podziwiają jego tupet. Od mojego obrońcy usłyszałem, że mówią: "Ten Göring to kawał chłopa". A powinien pan go widzieć wcześniej. W godzinie kryzysu kraju oni wszyscy byli zgniłymi tchórzami. Myśli pan, że dlaczego Göringa nie było w Berlinie u boku ukochanego Fuhrera? Ponieważ gdy zbliżali się Rosjanie, w Berlinie było zbyt gorąco. To samo z Himmlerem. Ale żaden ani nie pomyślał, by oszczędzić w tym szaleństwie większą liczbę ludzi. Wie pan, dostaję furii, ilekroć o tym myślę. Nie, nikogo z nich historia nie może potraktować choćby z odrobiną szacunku. Niech ten cały przeklęty nazistowski system wraz z tymi, którzy w nim uczestniczyli, włączywszy mnie samego, idzie na dno ze sromotą i hańbą, na jakie zasługuje! I niech naród zapomni i zacznie budować nowe życie na jakiejś sensownej, demokratycznej podstawie. 

środa, 17 października 2012

Zamach na Dollfussa

E. Dollfuss (pierwszy od lewej)
Engelbert Dollfuss był austriackim politykiem, przywódcą Partii Chrześcijańsko-Społecznej, w latach 1932-34 pełnił funkcje kanclerza i ministra spraw zagranicznych Austrii. W czasie swojego urzędowania jako kanclerz, stojąc na czele prawicowej koalicji, wprowadził rządy autorytarne oparte na zasadach korporacjonizmu. W 1933r., kiedy okazało się, że skłócony parlament nie jest w stanie pracować, a dotknięta Wielkim Kryzysem Austria potrzebuje silnych rządów, Dollfuss zdecydował się na przejęcie pełnej władzy. Zakazał zgromadzeń publicznych, wprowadził cenzurę i zaczął represjonować przeciwników. Represje dotknęły socjaldemokratów, komunistów, nacjonalistów oraz zwolenników narodowego socjalizmu, którzy w myśl idei Hitlera chcieli przyłączyć Austrię do III Rzeszy. Ciekawym aspektem jego rządów było połączenie wpływów papieskich encyklik oraz włoskiego faszyzmu. Był natomiast przeciwnikiem Hitleryzmu.
Pierwszy zamach na jego życie miał miejsce w 1933r. Kiedy ówczesny kanclerz opuszczał budynek parlamentu, nieznany zamachowiec oddał w jego kierunku dwa niecelne strzały. Jednak już niecały rok później, 25 lipca 1934r., podczas puczu i nieudanej próby anschlussu dokonanej przez niemieckich nazistów, zamach na Dollfussa się powiódł. Tego dnia, około południa, przebrani z mundury policji i wojska zamachowcy wdarli się m.in. do siedziby radia i rządu. Kanclerz został rany, kiedy usiłował zbiec. Zamachowcy nie zgodzili się na pomoc lekarską i więzili Dollfussa w siedzibie rządu. W wyniku odniesionych obrażeń kanclerz zmarł. Po odbiciu siedziby radia oraz otoczeniu gmachu rządu przez wojsko, zamachowcy zostali zmuszeni do poddania się. Siedmiu nazistów, wraz z zabójcą Dollfussa, Otto Planettą, zostało skazanych na karę śmierci przez powieszenie.
Okres rządów Dollfussa oraz jego następcy - Kurta Schuschnigga - często nazywany jest austofaszyzmem.

niedziela, 14 października 2012

Notatki z "Dziennika norymberskiego" Gilberta


Pojedyncze wypowiedzi nazistowskich zbrodniarzy z książki Gilberta "Dziennik norymberski". Jest to część I tego posta. Ciąg dalszy wkrótce.


Goring: Być może. Jestem przekonany, że niezależnie od tego, czym bym się zajmował, zrobiłbym to lepiej niż przeciętny człowiek. Ale nie można zgłębić swojego losu. To zależy od drobiazgów. Na przykład taki drobiazg, który uchronił mnie przed przystąpieniem do masonerii. W 1919r. miałem umówione spotkanie z kilkoma przyjaciółmi, aby przestąpić do masonów. Czekając na nich, ujrzałem przechodzącą obok urodziwą blondynkę i ją poderwałem. No cóż, właściwie nigdy nie zabiegałem o przynależność do masonerii. Gdybym tego dnia nie poderwał owej blondynki, to nie mógłbym wstąpić do partii, a dzisiaj nie byłoby mnie tutaj.

Schacht: nie ma gorszej zbrodni niż głupota.

Speer: Tak, wiem - oni [naziści sądzeni w procesie norymberskim] wielkie bohaterskie przemówienia o walce i umieraniu za Vaterland, nie nadstawiając własnych karków. A teraz, kiedy stawką jest ich własne życie, a losy się ważą trzęsą się i szukają wszelakich wymówek. Z tym oto rodzajem bohaterów poprowadziliśmy Niemcy do zniszczenia.

Test IQ wykonane w więzieniu w Norymberdze:
  • Hjamar Schacht: 144
  • Arthur Seyss-Inzuart 141
  • Hermann Göring 138
  • Karl Dönitz 138
  • Franz von Papen 134
  • Erich Raeder 134
  • Hans Frank 130
  • Hans Fritzsche 130
  • Baldur von Schirach 130
  • Joachim von Ribbentrop 129
  • Wilhelm Keitel 129
  • Albert Speer 129
  • Alfred Jodl 127
  • Alfred Rosberg 127
  • Konstantin von Neurath 125
  • Walther Funk 124
  • Wilhelm Frick 124
  • Rudolf Hess 120
  • Fritz Sauckel 118
  • Ernst Kaltenbrunner 113
  • Julius Streicher 106

wtorek, 9 października 2012

Bertrand Russell - Bakunin i anarchizm

Michaił Bakunin (1814-1876)
W pojęciu ogółu anarchista to osobnik, który rzuca bomby i popełnia inne gwałty albo dlatego, że jest w mniejszym lub większym stopniu niepoczytalny, albo też dla­tego że pod płaszczem skrajnych poglądów politycznych ukrywa zbrodnicze skłon­ności. Zapatrywanie to jest naturalnie pod każdym względem nieścisłe. Niektórzy anarchiści wierzą w skuteczność rzucania bomb, wielu zaś innych tej wiary nie posia­da. Ludzie niemal wszystkich odcieni poglądów wierzą w skuteczność rzucania bomb w pewnych okolicznościach: na przykład ludzie, którzy rzucili bombę w Sarajewie i przez to dali początek obecnej wojnie, nie byli anarchistami, lecz nacjonalistami. Anarchiści, którzy są zwolennikami rzucania bomb, nie różnią się pod tym względem w żadnym istotnym punkcie od reszty społeczeństwa, z wyjątkiem nieskończenie drobnej części, która przyjęła tołstojowską zasadę bezgwałtu. Anarchiści, podobnie jak socjaliści, wyznają zwykle doktrynę walki klasowej i jeśli używają bomb, to pod­czas walki, tak jak to czynią rządy: ale na każdą bombę sporządzoną przez anarchistę przypada wiele milionów bomb fabrykowanych przez rządy, a na każdego człowieka zabitego przez anarchistę - wiele milionów ludzi zabitych skutkiem gwałtów doko­nywanych przez państwa. Możemy przeto wykluczyć całe zagadnienie gwałtu, które odgrywa tak wielką rolę w wyobraźni ogółu, ponieważ nie ma ono zasadniczego ani specjalnego znaczenia dla tych, którzy zajmują anarchistyczne stanowisko.
Anarchizm, jak wskazuje na to pochodzenie tego słowa, jest teorią przeciwstawia­jącą się wszelkiemu rodzajowi rządzenia siłą. Zwalcza on państwo jako ucieleśnienie siły używanej przy rządzeniu społeczeństwem. Rząd, który może być tolerowany przez anarchizm, musi być rządem wolnościowym, nie tylko w tym znaczeniu, że jest rządem większości, ale i w tym znaczeniu, że wszyscy się nań zgadzają. Anarchiści występują przeciw takim instytucjom jak policja i kodeks karny, gdyż za pomocą nich jedna część społeczeństwa narzuca swoją wolę drugiej. Zdaniem ich demokratyczna forma rządu nie jest o wiele lepsza od innych form, dopóki mniejszości są zmuszane siłą lub groźbą do poddania się woli większości. Według anarchistycznego wyznania wiary wolność jest najwyższym dobrem, które osiąga się bezpośrednio na drodze zniesienia przymusowej kontroli społeczeństwa nad jednostką.
Anarchizm w tym znaczeniu nie jest nowością. Doktryna ta została świetnie wyło­żona przez Chuang Tsu, chińskiego filozofa, który żył mniej więcej w 300-tnym roku przed Nar. Chr.:
"Konie posiadają kopyta, które pozwalają im galopować po szronie i śniegu oraz włos, chroniący je przed wiatrem i zimnem. Żywią się one trawą, piją wodę i harcują po równinach. Taka jest rzeczywista natura koni. Pałace są im niepotrzebne.
Pewnego dnia przyszedł Po Lo i powiedział: "Umiem obchodzić się z koń­mi".
Tedy napiętnował i ostrzygł konie, ostrugał im kopyta, nałożył na nie lejce, obwiązał im głowy, spętał nogi i umieścił je w stajniach; a w rezultacie na każde dziesięć koni dwa lub trzy zdechły. Potem nie dał im jeść ani pić, lecz kazał im kłusować i galopować, czyszcząc je, przybierając i nękając uzdą zdobną w chwasty z przodu a lękiem przed węzłowatym biczem z tyłu, póki przeszło połowa z nich nie padła.
Garncarz powiada: "Mogę robić z gliną, co mi się podoba. Jeśli chcę, aby była okrągła, używam cyrkla; jeśli ma być prostokątna - węgielnicy".
Cieśla powiada: "Mogę robić z drzewem, co mi się podoba. Jeśli chcę je wygiąć, używam łuku, jeśli ma być proste - linii".
Ale na jakiej zasadzie możemy sądzić, że glina i drzewo życzą sobie tego zastosowania cyrkla, węgielnicy, łuku i linii? Niemniej każdy wiek wynosi pod niebiosa Po Lo za jego zręczność w ujeżdżaniu koni, a garncarzy i cieśli za ich biegłość w obróbce gliny i drzewa. Ci którzy rządzą cesarstwem popełniają ten sam błąd.
Otóż ja zapatruję się na sztukę rządzenia z zupełnie innego stanowiska.
Ludzie mają pewne naturalne instynkty, skłaniające ich do tkania i ubie­rania się, do kopania i przyjmowania pożywienia. Instynkty te są właściwe całej ludzkości i wszyscy postępują zgodnie z nimi. Takie instynkty nazywamy "zesłanymi z nieba".


środa, 3 października 2012

Wywiad z George Friedmanem

George Friedman
Dlaczego nie możemy w Europie zbudować wspólnej polityki bezpieczeństwa?
Europejczycy mają za sobą setki lat wzajemnej nieufności. Od drugiej wojny światowej Europa właściwie była okupowana: Wschód przez Sowietów, a Zachód był pod wpływem Amerykanów. Dopiero od 1991r. Europa cieszy się niezależnością. Zatem ten piękny eksperyment trwa raptem 21 lat. Przez tak krótki czas nie może zniknąć nieufność. Co więcej, Unia Europejska została zaprojektowana w taki sposób, że każdy kraj ma nadzieję, iż to kto inny będzie ponosił koszty integracji. Być może w handlu jest to możliwe. W sferze bezpieczeństwa – nie, bo Europa, nie widzi większych zagrożeń. A gdyby kiedykolwiek Rosja zagroziła zachodniej Europie, z pomocą mają jej przyjść Amerykanie.  
A co zrobią Amerykanie?
Stany Zjednoczone będą czekać aż Europejczycy sami rozwiążą swoje problemy. A jeśli do tego nie dojdzie, Stany będą interweniować jak w 1917 czy 1944r. Strategia amerykańska polega na interwencji, gdy leży to w jej interesie. Podczas zimnej wojny Amerykanie nauczyli się, że prewencyjnie warto utrzymywać w Europie siły zbrojne, ale musi temu towarzyszyć zaangażowanie sojuszników.
Amerykanie mają duże wymagania. Tymczasem wygląda na to, że Europejczycy naprawdę są z Wenus, używając metafory Kagana. To, co Włosi nazywają lotniskowcem, w USA jest okrętem desantowym Korpusu Piechoty Morskiej. Mówimy innymi językami?
Niestety to prawda. Europejczycy nie czują żadnego zagrożenia i ich wkład w sojusz jest niezadowalający. Dotyczy to także Polski. Interesujące natomiast jest to, iż Polacy czasami myślą, że traktujemy swoje zobowiązania sojusznicze niepoważnie. Nic bardziej mylnego. Z amerykańskiego punktu widzenia ważne jest to, by Polska mogła obronić się przez trzy miesiące sama. Inaczej pomoc po prostu nie będzie mogła nadejść. Jeśli kiedykolwiek Rosja zaatakuje Polskę, to czy znowu kraj upadnie w ciągu sześciu tygodni? W Stanach poważni analitycy zajmujący się bezpieczeństwem międzynarodowym znają odpowiedź na pytania, czy Polska jest silnym sojusznikiem i czy da radę. Oczywiście oni także uważają, że obecnie nie ma ze strony Rosji zagrożenia. Ale czy tak będzie zawsze?
Pesymista z pana.
Waszym fundamentalnym problemem jest to, że uzależniacie swoje bezpieczeństwo od czynników zewnętrznych. Nawet teraz Polacy patrząc na Stany Zjednoczone nie zawsze rozumieją, że cena sojuszu musi być wysoka. Tą ceną jest wasz wysiłek na rzecz własnego bezpieczeństwa, a nie jakaś płatność partnerom. Bez tego wysiłku sojusze nie funkcjonują, a już na pewno nie sojusze z Ameryką. Sojusz wojskowy jest jak sport zespołowy.
Ale dlaczego właściwie mamy płacić taką cenę? Niemcy są do nas dobrze nastawione, Rosja też na razie chyba nam nie zagraża.
W 1932r. Niemcy też były pokojowo nastawione, a do 1938r. stały się dominującą potęgą w Europie. Takie myślenie jest ekstremalnie niebezpieczne. Polacy o wiele lepiej niż inni powinni rozumieć, jak szybko zmienia się wiatr historii, a sytuacja obiecująca staje się tragiczna. Nie jestem czarnowidzem. Nie prognozuję, że Niemcy i Rosja będą zagrożeniem. Ale czy w 1932r. ktoś to prognozował? Polska ma dziś taką wizję bezpieczeństwa, jakby się wzorowała na malańkiej Danii. Tymczasem powinna się wzorować na Izraelu. Izrael wydaje na obronę narodową dominującą część budżetu. Oni rozumieją, kto jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo narodowe. Dania czeka, aż jej ktoś pomoże.
Rzeczywiście uważa pan sojusz niemiecko-rosyjski za możliwy?
Póki co Niemcy nie chcą zerwać więzi z Francją. Ale gdy relacje w Europie staną się bardziej skomplikowane, możliwy byłby zwrot Niemiec w kierunku Rosji. Już teraz Gerhard Schroder jest jednym z zarządzających w Gazpromie. Relacje gospodarcze między Niemcami i Rosją, mają dość naturalny charakter, a Rosja zawsze była dla Niemiec alternatywą wobec sojuszu z Anglikami i Francuzami. Kiedy więc stosunki francusko-niemieckie staną się trudne, a to jest możliwe, Niemcy zwrócą się w stronę Rosji.
Co oznaczałby dla Polski ewentualny sojusz niemiecko-rosyjski?
Dla Polski to zawsze niebezpieczna sytuacja.
Mówi pan tak, jakby świat miał wrócić do XIXw., gdy istniały silne państwa narodowe. Naprawdę nie ma telefonu w Brukseli, pod którym załatwia się poważne sprawy?
Ależ Europa nigdy nie wyszła z epoki państw narodowych, raczej wyglądało, że wychodzi. Jeśli chcę poważnie porozmawiać o polityce, to jadę do Berlina, Paryża, Londynu czy Warszawy. Grecy, Hiszpanie, Niemcy podejmują decyzje biorąc pod uwagę swój interes narodwy, a nie jakieś abstrakcyjne koncepcje zwane Unią Europejską. Przypominam, że w Europie tak naprawdę nie ma żadnej unii, raczej dominuje współpraca ekonomiczna, która nigdy nie przerodziłą się w sojusz wojskowy. Sojusz ekonomiczny oparty jest na interesach narodowych, które są dość zbieżne dla poszczególnych członków. Ale bogactwo, które wspólnota obiecuje każdemu nigdy nie stanie się faktem i wtedy pojawi się pytanie: kto zacznie tracić na tej wspólnocie najwięcej. A wtedy trudno będzie utrzymać jedność na kontynencie.
Ale przecież jesteśmy w Unii, która ma wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa.
W mniemaniu niektórych mieliście się stać Stanami Zjednoczonymi Europy i równoważyć siły USA i Rosji. To się nie stanie. W historii najważniejszy sojusz wojskowy nie był sojuszem europejskim, tylko europejsko-amerykańskim. Myślię oczywiście o NATO.
Dlaczego mówi pan o NATO w czasie przeszłym.
Bo NATO nie funkcjonuje. Częściowo dlatego, że wielu członków nie ma realnych zasobów wojskowych, a częściowo dlatego, że nie ma misji ani celów. W tym kontekście musimy się zastanowić, jak będzie wyglądała przyszła równowaga sił w Europie. O europejskich krajach często myślimy w kontekście Polski i Rosji. Ale jakie będą relacje między Niemcami i Francją za 10 czy 15 lat? Teraz oba kraje są związane przez Unię Europejską, ale nie jest jasne, czym UE będzie za 10-15 lat. Instytucje europejskie są nieskuteczne, a zdolności militarne Europy – nikłe. Zatem życzeniowo Europejczycy myśleli, że będą równoważyć Rosję na poziomie globalnym, ale na poziomie regionalnym okazało się, że to Rosja przeważa.
Doprawdy? Kilka lat temu rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało analizę, z której wynika, że z Polską i Turcją Rosja nie da rady.
Rosja ma wciąż potężną armię. Na pewno silniejszą od państw bałtyckich, i pewnie zdolną pokonać Polskę. Więc regionalnie ma duże zdolności militarne, chyba że jest jakaś zewnętrzna siła, która może zagwarantować równowagę we wschodniej Europie. Ale wygląda na to, że jej nie ma.
Może Polska powinna więc zbudować regionalny sojusz w Europie Centralnej?
To międzywojenna idea Józefa Piłsudskiego. Sojusz ze Słowacją, Węgrami, Rumunią i Bułgarią może zapewnić Polsce bezpieczeństwo. Piłsudski rozumiał, że Polska jako lider Europy Środkowej jest w stanie taki sojusz skoncentrować.
Ale to się nigdy nie udało.
Ponieważ w latach 30. Niemcy i ZSRR były silne. Teraz Niemcy są potęgą gospodarczą, ale nie mogą wnieść zbyt wiele do sojuszy wojskowych. Rosjanie z kolei są bardzo ostrożni. Ale jaki Polska ma wybór? Macie państwo między Niemcami a Rosją. Żaden Polak nie może przewidzieć, co się stanie z sąsiadami w przyszłości, a liderzy politycznie powinni przygotować kraj na najgorsze. Dziś nie wiadomo, czy Niemcy i Rosja utworzą w przyszłości sojusz militarno-polityczny, ale Polska na wszelki wypadek powinna być zdolna do samoobrony.
Wydajemy na obronę narodową niecałe 1,95 proc. PKB. Nie mamy pieniędzy na armię według izraelskiego wzorca.
Oczywiście, że macie. Jeśli kraj chce chronić swoje bezpieczeństwo, wymaga to wyrzeczeń. Jak w Izraelu.
Izrael na obronę narodową wydaje ponad 6 proc. PKB, a ma podobny udział państwa w gospodarce co Polska. Na czy oszczędza?
Izrael pamięta o swojej historii i chroni siebie najlepiej jak potrafi – kosztem państwa opiekuńczego. Zatem Polacy muszą podjąć jakieś decyzje. Pamiętajcie, że NATO dziś niewiele znaczy. Nie ma sojuszu. Są jakieś potkania urzędników i oficerów w Brukseli.
Fakt, iż słoń nie chciał skrzywdzić myszy depcząc ją, nie zmienia tego, że jest ona pokrzywdzona”. To pański cytat. O co panu chodziło?
Nawet jeśli Rosja i Niemcy mają względem Polski jak najlepsze zamiary, musicie pamiętać, że kierują się własnymi interesami narodowymi. A Polska leży między tymi krajami.


Wywiad ukazał się w "Rzeczpospolitej" nr 235, 26 września 2012.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Historia Kartelu "Phoebus"

24 XII 1924r. doszło do spotkania, w wyniku którego, powstał pierwszy kartel żarówkowy. Firmy Osram, Philips oraz General Electric doszły do porozumienia w sprawie podziału rynku żarówek. Umowa ta stanowiła, że żarówki nie mogą pracować ponad 1000 godzin, a producenci, którzy naruszą tę zasadę będą karani grzywnami. Warto zauważyć, że żarówka wynaleziona przez Edisona potrafiła pracować przez 1500 godzin, a stan techniki w 1924r. pozwalał na żywotność w granicach 2500 godzin. Kartel służył w rzeczywistości obniżeniu kosztów produkcji oraz negatywnie przysłużył się standaryzacji rynku żarówek. Producenci umówili się na podział rynku na sfrefy:

  • rynek domowy, każdego z producentów
  • brytyjskie terytoria zamorskie pod kontrolą Associated Electrical Industries, Osram, Philips, i Tungsram
  • wspólne terytorium reszty świata
Kartel ten zmniejszył konkurencje na rynku przez ponad 20 lat i wstrzymał rozwój technologiczny. Nazwa kartelu pochodzi od szwajcarskiej korporacji o nazwie "Compagnie Industrielle Phoebus SA Pour le Développement de l'ECLAIRAGE" pod której przykrywką działał.
Umowa początkowo miała wygasnąć w 1955r. lecz wybuch II Wojny Światowej przyspieszył jej zakończenie. W 1948r. reaktywowano pozostałości Phoebusa.

Historia ta zapoczątkowała zmiany na rynku, dotyczące planowego postarzania produktów, w celu uzyskanie większych wpływów ze sprzedaży nowych. Działania takie do dziś można obserwować na rynku.

niedziela, 22 lipca 2012

Jeżeli Europa nienawidzi samej siebie - Joseph Ratzinger

Optymizm w odniesieniu do zwycięstwa europejskiego pierwiastka, który Arnold Toynbee był w stanie utrzymać w mocy do początku lat '60, wygląda na dziwnie nieaktualny. "Z 28 kultur, które zidentyfikowaliśmy... 18 jest martwych, a dziewięć, z dziesięciu pozostałych - wszystkie z wyjątkiem naszej - są śmiertelnie ranne." Kto jest w stanie dzisiaj powtórzyć te słowa? Jaka jest nasza kultura w ogóle, co z niej pozostało? Czy cywilizacja techniki i handlu rozprzestrzeni się zwycięsko na świat obecnej kultury europejskiej? Nie było to raczej zrodzone z końca, w pewien sposób post-europejskiej, antycznej kultury? Widzę tu paradoksalnie synchronię. Zwycięstwo techniczno-świeckiego post-europejskiego świata; z upowszechnienia tego modelu życia i jego sposobu myślenia, związany jest cały świat, ale szczególnie pozaeuropejskie światy Azji i Afryki, będące pod wrażeniem Europejskiego świata wartości, kultury i wiary, na jakiej opiera się jej tożsamość; ten świat zbliża się do końca i właśnie opuszcza scenę, gdyż teraz nadchodzi czas innych wartości pochodzących z Ameryki prekolumbijskiej, z Islamu, z mistyki Azjatyckiej.
Europa, właśnie w tej godzinie pełnego sukcesu, wydaje się być pusta w środku, w pewnym sensie sparaliżowana przez kryzys układu krążenia, kryzys, który jest niebezpieczny dla jej życia, a uciekanie się niejako, do transplantacji, nie pomoże, a jedynie wyeliminuje jej tożsamość. Do tej wewnętrznej pustki podstawowych sił duchowych analogiczne jest, że nawet etnicznie, Europa wydaje się zmierzać ku końcowi.
 

Istnieje dziwny brak pragnienia przyszłości; dzieci, które pojawią się w przyszłości, są postrzegane jako zagrożenie dla teraźniejszości; jedynym pomysłem jest usunięcie ich z naszego życia. Nie są one postrzegane jako nadzieja, lecz raczej jako ograniczenie teraźniejszości. Zmuszana nas to do porównań w Imperium Rzymskim w czasach upadku; ciągle trwało jako historyczna struktura, ale w praktyce było to żerowanie tych, którzy rozpuścili je, ponieważ nie mieli więcej energii życiowych.

sobota, 21 lipca 2012

wtorek, 29 maja 2012

Oriana Fallaci na temat historii

Kto da nam pewność, że w szkole nie nauczono nas kłamstw? Kto dostarczy nam bezspornych dowodów na dobre intencje Kserksesa, Juliusza Cezara, Spartakusa? Wiemy wszystko na temat stoczonych przez nich bitem, nic zaś na temat ich ludzkiego wymiaru, ich słabości i kłamstw, ich intelektualnych i moralnych braków. Nie mamy żadnego dokumentu, z którego by wynikało, że Wercyngetoryks był draniem. Nie wiemy nawet, czy Jezus Chrystus był wysoki, czy niski, czy był blondynem, czy brunetem, czy był człowiekiem wykształconym, czy prostaczkiem, czy poszedł do łóżka z Marią Magdaleną czy też nie, czy naprawdę mówił to wszystko, co twierdzą św. Łukasz, Mateusz, Marek i Jan. Ach, gdyby tak ktoś przeprowadził z nim wywiad, nagrywając go na magnetofon, żeby zatrzymać jego głos, myśli, słowa! Ach, gdyby tak ktoś stenografował to, co Joanna d'Arc oświadczyła na procesie i przed wkroczeniem na stos! Ach, gdyby ktoś przepytał w obecności kamery Cromwella i Napoleona! Ja nie ufam kronikom przekazywanym z ust do ust, sprawozdaniom sporządzonym poniewczasie i bez możliwości przedstawienia dowodu. Wczorajsza historia jest powieścią pełną faktów, których nie mogę sprawdzić, sądów, którym nie mogę zaprzeczyć.

poniedziałek, 28 maja 2012

Giovanni Falcone - symbol walki z sycylijską mafią

Od 1980 brał udział w dochodzeniach i przygotowaniu procesów czołowych mafiosów i wespół z sędzią Rocco Chinnicim dotarł w śledztwie aż do szczebla CUPOLI – (komisja mafii sycylijskiej utworzona w 1957 roku na wzór Komisji Syndykatu). Odkrył kulisy walki klanów w Palermo rozpoczętej w 1981 roku, która przeszła do historii jako Wielka Wojna Klanów oraz zdobył dowody istnienia w mafii tzw. trzeciego poziomu, czyli powiązań z wybitnymi uczestnikami życia politycznego i gospodarczego, którzy czerpią zyski ze współpracy ze zorganizowaną przestępczością i udzielają jej pomocy.
Po zamordowaniu sędziego Rocco Chinniciego przez mafię (29 lipca 1983), Falcone stanął na czele sztabu antymafijnego, składającego się z siedmiu sędziów śledczych. Sztab ten doprowadził do tzw. Maksiprocesu – największego w historii państwa włoskiego procesu wymierzonego w zorganizowaną przestępczość; akt oskarżenia przygotowało pięciu z nich. To właśnie po rozmowie z Falcone (w roku 1984, w rok po ekstradycji z Brazylii), jeden ze skruszonych mafiosów (pentiti), Tommaso Buscetta, poprzysiągł zniszczyć mafię swoimi zeznaniami. Buscetta miał powiedzieć do sędziego: Niech pan uważa! Najpierw spróbują zgładzić mnie, a potem rzucą się na pana, aż wreszcie im się to uda.
W marcu 1991 Giovanni Falcone został dyrektorem Wydziału Spraw Karnych Ministerstwa Sprawiedliwości w Rzymie. Jako jeden z niewielu śledczych uderzył w najczulszy punkt mafii sycylijskiej – konta bankowe. Potrafił odróżnić brudne od czystych pieniędzy.
Prowadzone z jego udziałem razem z amerykańskimi agentami operacje: "Pizza Connection" (proces trwał od 24 października 1985 do 2 marca 1987), "Żelazna wieża" (1988) oraz "Pilgrin" doprowadziły do zatrzymania, a następnie skazania znaczących członków Cosa Nostra.
Już w 1983 w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że klan Corleone przyjął plan zamordowania Giovanniego Falcone. 21 marca 1989 doszło do pierwszego, nieudanego zamachu; groził mu wybuch 50-kilogramowej bomby podłożonej w jego nadmorskiej willi, którą jednak zauważyła jego ochrona. Bomba była umieszczona w torbie firmowej Adidasa.
Mafia dopięła swego trzy lata później. Mimo podjętych szczególnych środków ostrożności (lot samolotem i sam przejazd autostradą miał być zaszyfrowany) nie udało się skutecznie ochronić sędziego.

Eksplozja była tak silna, że zarejestrowały ją sejsmografy w Palermo.



piątek, 25 maja 2012

Giuseppe Terragni. Archtektura i faszyzm - R. Salvadori

Kapitan artylerii, którego ARMIR (Armia włoska w Rosji) zwrócił rodzinie 20 stycznia 1943 roku, był człowiekiem o całkowicie zdruzgotanych nerwach. Powołano go pod broń w wieku trzydziestu pięciu lat już w pierwszych dniach po wybuchu wojny w Polsce. Najpierw koszary w Cremonie, następnie wysłany na Bałkany, wreszcie – front rosyjski. Cztery lata w służbie ojczyzny. Dla niego – który przestrzenie zwykł projektować – zostały zaprojektowane bezkresne przestrzenie cierpienia i grozy, coraz bardziej otwarte na niezmierzoną klęskę w wymiarze nie tylko militarnym.
Na nic zdał się pobyt nad morzem w Cesenatico, elektrowstrząsy w szpitalu neurologicznym w Pawii, troskliwa opieka krewnych i przyjaciół. 19 lipca, nagle, nadchodzi jego kres. Telefonuje do (wiecznej) narzeczonej Mariucci, że nie czuje się dobrze i się do niej wybiera. Widząc go z balkonu, zbiega mu naprzeciw po schodach, ale znajdzie go już bez ducha, porażonego trombozą, na podeście pierwszego piętra. Z kieszeni wojskowej kurtki wysypują się zasuszone kwiaty, zerwane nad Donem. Ta oto umiera w swoim Como enfant prodige włoskiej architektury. Miał trzydzieści dziewięć lat
Jeszcze przez jeden tydzień owego Roku XXI Ery Faszystowskiej – aż do 25 lipca 1943 – każdemu noworodkowi rasy aryjskiej będzie wydawana żółta legitymacja z wizerunkiem Duce, Zobowiązująca do obrony, wszelkimi siłami, a jeśli to konieczne nawet za cenę krwi, sprawy rewolucji faszystowskiej. To właśnie czynił aż do końca Giuseppe Terrgni, awangardowy architekt i płomienny faszysta. Właściwa mu była „wiara nie podlegająca dyskusji, żył nią i jej poświęcił życie”, jak czytamy w katalogu wystawy urządzonej w mediolańskim Pałacu Triennale („Giuseppe Terragni”, 11 maja-6 listopada 1996r.). Pisze dalej Giorgio Ciucci: „Ogrania nas wątpliwość czy ostateczne załamanie, depresja, w której się pogrąża, wynikła z uświadomienia sobie, czym naprawdę było to, w co gorąco wierzy – faszyzm; oznacza ona jednak wyczerpanie się twórczego napięcia pomiędzy ekspresją własnych emocji a zaangażowaniem na rzecz zbiorowości. Nie odrzucenie faszyzmu, lecz zerwanie z własnym istnieniem w obrębie faszyzmu”.
Potrzeba było pół stulecia, by dojść do takiej hipotezy, która, sięgając prosto do sedna prawdy, przywraca nam bardziej przekonujący obraz rzeczywistej połowy wieku. Traktować Terragniego jak naiwnego poetę, zwracając uwagę wyłącznie na czystość stworzonych przez niego form, albo uważać go za człowieka rozczarowanego (a nawet kryptoantyfaszystę), przytłoczonego klęską i skazaniu się na niezrozumienie. Albowiem jeśli jest ktoś, kto nigdy nie uchylił się przed odpowiedzialnością, ciążącą na zawodzie architekta, ani nie uciekał przed immanentnym skażeniem tej sztuki pogranicza, to właśnie on; wręcz przeciwnie, zawsze uznawał „moralność” swojego zawodu, pozostając, owszem nieugięty co do innowacyjnej natury swoich projektów architektonicznych, ale dostosowując je do społeczeństwa, zleceniodawców, wartości swojej epoki: faszystowskich Włoch.
Giuseppe Terragni
Terragni należał do tych, którzy odczuwali konieczność utożsamiania się z jakimś ruchem, w architekturze tak jak i w polityce, a jeśli zajmowali się problemem formy, to po to, by „nadać jej charakter, świadczący tyleż o niej samej, co o faszyzmie”. W ostatecznym rozrachunku prawdą jest, jak konkluduje Ciucci, że „poprzez jego architekturę nie zrozumiemy faszyzmu, lecz tylko jego bycie faszystą” (a wiemy już dzięki Bruno Zeviemu – „Terragni”, 1980 – że chodziło o „faszyzm czysty, prawowierny, antyprowincjonalny, antyklientyelistyczny, słowem, faszyzm mityczny”). A jednak przychodzi na myśl pytanie, w jaki sposób realny faszyzm rozpoznawał się w dziele Terragniego. Że faszyzm w architekturze nie był tylko racjonalistyczny, to nie ulega wątpliwości, ale że był – umiał i chciał być – także racjonalistyczny, jest równie oczywiste. Rzecz jasna reżimowi jak najbardziej zależało, by uwierzytelnić, właśnie jako nowoczesny i rewolucyjny, swój „wirtualny” wizerunek, zaproponowany przez racjonalistów. Ale jak wobec tego wytłumaczyć radykalnie odmienne nastawienie nazistowskich Niemiec i sowieckiej Rosji wobec Bauhausu i konstruktywizmu?

środa, 16 maja 2012

Historia dwóch Władimirów (fragment książki "Dzienniki Kołymskie" Jacka Hugo-Badera)

Do dziś Aleksander pamięta dwóch ogromnych Władimirów, którzy mieszkali w jego domu. Wryli mu się w pamięć, bo obaj mieli na skórze wypisane i wojenne blizny, i więzienne tatuaże. I tak poza imieniem, rozmiarami i ranami kończą się ich podobieństwa. Poza tym byli jak ogień i woda - nie do pogodzenia.
Ale los, a może bezmyślność, bezduszność sowieckich czynników sprawiły, że obu zakwaterowano w jednym mieszkaniu komunalnym, co znaczy, że mieli wspólny przedpokój, kuchnie i toaletę. Problem w tym, że jeden był byłem białoruski policjantem w hitlerowskie służbie, specjalizuącym się w zwalczaniu partyzantki i pacyfikowaniu puszczańskich wiosek, drugi - białoruskim partyzantem. Nie ma w historii drugiej wojny większych przeciwności.
Obaj wpadli w łapy przeciwnika. Jeden w hitlerowskie, drugi sowieckie, a gdy partyzant w 1945r. odzyskał wolność, po kilku miesiącch swoi go aresztowali i zesłali na Kołymę, gdzie już od roku był Władimir policjant.
I w tym momencie zaczyna się najbardziej niezwykłe, bo obaj mieli dobrze po metrze i dzewięćdziesiąt centymetrów, więc teoretycznie, trafiając do roboty przy kopaniu złota, powinni przeżyć kilka tygodni albo miesięcy.
Bo w Gułagu było tak, że normalny, duży koń służbowy dostawał więcej żarcia niż mały konik jakucki. Z ludźmi było inaczej. Przydział nie uwzględniał rozmiarów człowieka. To sprawiało, że maleńcy, chdzieńcy inteligenci, zwani pogardliwie Iwanami Iwanowiczami, żyli dłużej niż wielcy, przywykli do pracy fizycznej robotnicy i chłopi. Rozmiar miał znaczenie. Im większy, tym szybciej umiera.
Ale nasi Władmirowie, chociaż kolosy, okzali się fenomenami i przeżyli. partyzanta wypuścili z obozu w 1953r. w trakcie masowych zwolnień po śmierci Stalina. Dla policjanta, jak dla wszystkich zdrajców, dezerterów, własowców nie było zmiłowania, litości, przebaczenia. Musiał odsiedzieć swój, najczęściej ogromny wyrok. Na Kołymie było około trzech tysięcy takich więźniów, którzy dożyli w obozach do końca lat pięćdziesiątych. Wypuszczano ich jedna z czasem, bo likwidowano łagry, ale nie mieli prawa powrotu na kontynent.
Tak Władimir policjant zamieszkał w komunałce z Wałdimirem partyzantem. Założyli rodziny, jednemu na świat przyszła córka, drugiemu syn.
- A jak dzieci dorosły - opowiada przewodniczący Aleksadr - pokochały się jak szalone. Za to ich ojcowie ciągle, jak sobie popili, skakali do siebie z siekierami
- Szekspir by czegoś takiego ie wymyślił.
- Pewnie, że tak. Bo wódka ich wreszcie pogodziła, a nie dzieci. Spili się razem na śmierć, a młodzi pobrali się i mieszkają u nas do dzisiaj.

Kołyma to rzeka i góry o tej nazwie. Nie ma regionu geograficznego ani jednostki administracyjnej, która tak by się nazywała. Obiegowo mówi się tak o dzisiejszym obwodie magadańskim, dawniej o całym, ogromnym terytorium Dalstroju, które obejmowało dzisiątą część ZSRR od linii rzek Ałdan i dolnej Leny do Cieąniny Beringa na wschodzie.

Krater Lochnagar - pozostałośc po I Wojnie Światowej


To jedna z najbardziej znanych pozostałości Wielkiej Wojny. O 7:28 1 lipca 1916 niemieckimi i brytyjskimi żołnierzami wstrząsnęła ogromna eksplozja. Tuż przed szturmem brytyjskiej piechoty zdetonowano dwie wielkie miny Lochnagara podłożone przez inżynierów z brytyjskiego towarzystwa górniczego.
Ziemia wystrzeliła w niebo. Potężna eksplozja wyrwała fragmenty linii okupów na ponad 1200 metrów w powietrze. Dwa ładunki po 16 ton amonylu i kilkanaście mniejszych (jeden widoczny na filmiku) oznaczało początek ofensywy pod Sommą.


Przyjmuje się, że wybuch miny lochangara był najgłośniejszym dźwiękiem stworzonym przez ludzkość do epoki testów atomowych. Nie wyrządził jednak zbyt dużych szkód. 130 metrów niemieckich okopów było bardzo słabo obsadzone (acz ofiary wybuchu - w większości wciąż tam są zakopane). Obliczania wysokości eksplozji dokonał brytyjski lotnik przelatujący tuż nad La Boisselle, czyli miejscowości w pobliżu której detonowano miny. Tamtego dnia, na tym krótkim wycinku frontu, zginęło 6380 brytyjskich żołnierzy.

wtorek, 8 maja 2012

Młody Józef Stalin

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Stalin_1902.jpg


piątek, 20 kwietnia 2012

Regeneracja żarówek (fragment książki "Dzienniki kołymskie" Jacka Hugo-Badera)


Wynalazku dokonał w 1943r. więzień Kipriejew. Warłam Szałamow, chociaż nie wspomniał, jak miał na imię, poświęcił mu całe opowadanie. Inżynier Kipriejew to genialny uczony z Chaarkowskiego Instytutu Fizyki, razem z Igorem Kurczatowem (twórcą radzieckiej bomby atomowej) już w latach trzydziestych próbowali rozwikłać tajemnicę reakcji jądrowej.
Na Kołymie Kipriejew wymyślił, jak regenerować żarówki, za co generał NKWD Iwan Nikiszow, komenderujący w owym czasie Dalstojem, dostał Order Lenina.
Kiprijew, chociaż był tylko niewolnikiem, mówiącym narzędziem, został szefem wydziału regeneracji w Stiekolnym. Niedługo miał się skończyć jego pięcioletni wyrok, ale zorganizowano uroczystość na cześć wszystkich naczelników zamieszanych w wynalazek. Obsypano ich orderami, a potem każdy dostał wspaniałą paczkę z lend-lease'u amerykańskiej pomocy wojennej dla walczącego z Niemcami Kraju Rad. To był obiekt marzeń każdego radzieckiego notabla maleńkiego formatu. Garnitur, krawat, koszula i trzewiki z czerwonej skóry na grubej podeszwie. Dla Kipriejewa też była paczka, ale odmówił przyjęcia, bo nie potrzebuje amerykańskich znoszonych łachów. Natychmiast został za tę demonstrację aresztowany (tak - można być aresztowanym, będąc więźniem) i dołożono mu jeszcze osiem lat za antysowiecką propagandę. Świadek zeznał, że inżynier mówił, że Kołyma to Oświęcim bez pieców. Uczony trafił do bardzo ciężkiego łagru dla recydywistów. Przeżył, a po odsiedzeniu całego wyroku dobrowolnie pozostał na Kołymie do końca życia.